Zarejestruj się u nas lub też zaloguj, jeśli posiadasz już konto. 


Poprzedni temat :: Następny temat
Wakacyjny Zlot
Autor Wiadomość
tomakin
Administrator


Dołączył: 03 Lut 2007
Posty: 13622
Wysłany: 2013-08-14, 15:11   

o któóóórej
 
   
krowa
weteran
wyszukanysmak.pl


Dołączył: 11 Cze 2007
Posty: 2884
Wysłany: 2013-08-21, 23:14   

Dzięki Tomo, na żywo jesteś kochanym i przemiłym człowiekiem :*
 
   
tomakin
Administrator


Dołączył: 03 Lut 2007
Posty: 13622
Wysłany: 2013-08-21, 23:14   

tylko mi się mój głos nie podoba, jak odsłuchałem z filmów. Tzn głos jak głos, ale sposób akcentowania wyrazów... eh eh

ps. na żywo wcale nie jesteś czarna w kropki bordo!

I kiedy wpadacie na dłuższe zwiedzanie?
 
   
Surri 
weteran


Wiek: 31
Dołączyła: 27 Kwi 2007
Posty: 3412
Skąd: Kraków
Wysłany: 2013-08-26, 17:20   

copypasta z sąsiedniego forum

Zlot oczami taffita.

Plan był taki, żeby w środę wsiąść w samochód z Surri, Krową, Matejkiem i Akirą koło szesnastej i późnym wieczorem zjawić się U Wodza w Szklarskiej Porębie i poczynić tam niezbędne przygotowania pod mające nadejść manewry pacyfistyczne pod kryptonimem Nalot na Karkonosze.

Plan nie wypalił. Głównie przez długi czas niedostępności niezbędnych narzędzi oblężniczych typu namiot czy karimata. Gdy je zdobyto, było już koło dwudziestej. Wtedy wyruszyliśmy w mrok.

Samochód był pełny, a noc była ciemna. Wóz trochę się trząsł, ale parł dzielnie do przodu, a w nim podróżnicy. Kierowcy się zmieniali, a pasażerowie piwem podnosili swe morale. Co rusz zwiedzaliśmy stacje z benzyną i (wybaczcie rym) żegnaliśmy się z uryną. W samochodzie szybko więc zagościła wesołość i uśpiła czujność podróżników.

Gdy już byliśmy w ogródku, już witaliśmy się z gąską, bryka stanęła i zaczęła okupację ulicznego asfaltu. Dwadzieścia kilometrów przed Szklarską Porębą. Plan nie wypalił.

Licznik paliwa zakryła osłona na obiektyw aparatu fotograficznego i w naszej podróżniczej beztrosce nie zauważyliśmy końca 95. Bo samochód był pełny, a noc była ciemna. Trójkąta nie mieliśmy, więc utknęliśmy tylko na awaryjnych. Miejsce kiepskie: zakręt na drodze pod górę. Co parę minut przewalają się ciężarówki. Miejsca na poboczu mało. Zjechaliśmy, ile mogliśmy, ale i tak zajmowaliśmy z połowę pasa.

Na szczęście znaleźliśmy wybawców. Wzięli część naszej drużyny i zawieźli do najbliższego CPNu. Podczas gdy jedni tankowali do butelki typu PET, drudzy dość strachliwie utrzymywali pozycje w samochodzie. Misja zdobywania paliwa nie trwała na szczęście długo. Gdy ugasiliśmy pierwsze pragnienie silnika litrem benzyny i samochód odpalił, odetchnęliśmy z ulgą. Odwieźliśmy jednego z naszych wybawców, którym okazał się wracający z imprezy autochton i w końcu dotarliśmy na pole namiotowe.

Było koło trzeciej w nocy. Zimno w cholerę. Jakoś znaleźliśmy kawałek miejsca i zaczęliśmy rozbijanie jednego z namiotów. Szło opornie. Śledzie nie chciały nurkować w głąb ziemi, mimo solidnych pierdolnięć cegłówką. Wbijaliśmy się w skałę jak pionierski przemysł wydobywczy w Szklarskiej Porębie. Ale poszło. Musiało pójść. Po tej operacji nasze śledzie przeszły na emeryturę (foto). Część drużyny poszła w tę noc spać do namiotu, część przenocowała w samochodzie.



Nazajutrz był początek zlotu. A na początku, jak to na początku: musi być chaos. Ledwo skorzystaliśmy z umywalni, ledwo zjedliśmy co nieco w polowej kuchni, ledwo oddaliśmy zbędne produkty przemiany materii do kibelka, a już przyjechali nowi: przybyła arahja, a z nią szynka-szynka i Aga z Krisem. Przyuważyliśmy też jednego gościa z mielonką sojową, który rozbity był tuż przy naszym namiocie, ale nim zdążyłem do niego zagadać, już go nie było. Czas zapieprzał. Jak się zaraz potem dowiedziałem od arahji, facetem z mielonką był Anioł - również uczestnik zlotu.

Pole namiotowe opuściło na szczęście trochę dotychczasowych gości, toteż nowi zlotowicze znaleźli dla siebie miejsce i to nawet blisko nas. W świetle dziennym mogliśmy zrobić pierwsze małe rozeznanie terenu. Strategicznie było nieźle.

Dostęp do wody był. Była górska rzeczka, dwa krany w umywalni i natrysk za pięć zeta. Górska rzeczka szumiała głośno i wiało od niej chłodem jak ze średniowiecznych lochów. Zdarzało się nam wykorzystywać ją jako lodówkę (foto).



Wychodek był: męski i damski (tu rozeznanie było dłuższe i dostrzeżenie tego podziału i w ogóle faktu istnienia dwóch ustępów a nie jednego, zajmowało zlotowiczom więcej czasu – mówiąc dokładniej nawet kilka dni).

Dostęp do żarcia był. W bliskim pobliżu Delikatesy (produkty pierwszej potrzeby: pieczywo i napoje różne), w dalszym pobliżu Lewiatan (półeczka Primaviki: pasztety, słoiki z gotowcami itp. – szły błyskawicznie, podobnie jak sezamki i Oreo, wprawiając w osłupienie menadżerów sprzedaży). Nasza krakowska czwórka spiżarkę urządziła sobie w bagażniku samochodu (foto), bo w namiotach był już wystarczający burdel (czy tam ciasnota).



Na polu były też indiańskie totemy, była huśtawka (foto) niby do 40 kg, w której siadało się na nietoperzu czy też sowie; no i był wódz, właściciel interesu i poborca opłat. Był też kot, bo koty są zawsze.



Namierzyliśmy Karaoke, ale nie skorzystaliśmy. Co poniektórzy skorzystali za to z Parku Linowego oraz Górskiej Kolejki. Ich pytajcie o wrażenia.

Wracając jednak do zapieprzającego czasu. Jak tylko złapaliśmy oddech, zrobiliśmy banery ForumVeg (foto) celem ogarnięcia zlotu i przytwierdziliśmy je do namiotu. Zaraz potem wpadł do nas (już tutejszy) Gomuł dając sygnał do wymarszu w góry na zaplanowaną na fb wyprawę. Trzeba było więc ruszyć.





Drużyna Vega w składzie Gomuł, Sami, Kruszyna, arahja, Aga, Kris, Surri i taffit powędrowała żółtym szlakiem (tzw. Starą Drogą i Zimową Drogą) na Śnieżne Kotły po drodze mijając Kukułcze Skały i Schronisko Pod Łabskim Szczytem (foto). Na Kotłach zatrzymaliśmy się przy Czarciej Ambonie, a potem skorzystaliśmy ze znajomości Gomuła i zwiedziliśmy Radiowo Telewizyjny Ośrodek Nadawczy (foto), gdzie dostaliśmy herbatę oraz „narkotyki” (foto) - proszek do sporządzenia płynu izotonicznego serwowany sportowcom na ostatnim maratonie przez Śnieżkę. Zarejestrowaliśmy też przejawy troski o udomowioną florę (foto), co z pewnością ucieszyłoby zwolenników idei „rośliny też czują”.









Droga powrotna wiodła czerwonym szlakiem w stronę Szrenicy przez Łabski Szczyt. Minęliśmy po drodze malownicze skały Twarożnik i odbiliśmy na Czechy do Voseckiej Boudy na piwo. Lokal już był zamykany, ale arahja wyprosiła jeszcze dla całego teamu browarki. Nie wiem co ona naobiecywała temu Panu za ladą, bo czeskiego nie znam, ale musiała się bardzo postarać, bo Pan wyglądał na takiego, co lubi innych panów. Wypiliśmy i wróciliśmy na czerwony szlak. Przeszliśmy obok kamiennych Trzech Świnek, minęliśmy Schronisko Hala Szrenicka oraz Wodospad Kamieńczyka i odbiliśmy na czarny, którym wróciliśmy do bazy.

A w bazie już kupę nowych ludzi. Byli już Patrycjusz i Beata; skład z Wrocławia: Mon Ahimsa, Paweł i jeszcze sympatyczna para, której nigdzie na necie nie mogę namierzyć, a nie spamiętałem imion; Kacper i Asia (póki co chyba w namiocie). Na bazie czekał też zintegrowany już Anioł, który jak się okazało zrobił właściwie identyczną trasę co my tylko, że sam. Zdobyliśmy naszą kuchnię i już jej nikomu nie daliśmy odbić, póki nie poszliśmy spać.

A w nocy było zimno jak cholera. Ratowała tylko pozycja embrionalna. Karkonosze mają raczej surowy klimat. Do tego skała pod nami i rzeczka obok nas.

Drugi dzień zlotu za to cieplutki. Rozpoczął się bardzo leniwie. Na słoneczku towarzysko rżnęliśmy w Monopoly, scrabble (foto) i Uga-Buga. Mlatej i szynka-szynka ruszyli na Śnieżkę (może od nich usłyszycie ze dwa słowa), Wrocław w większości wypruł na Skalne Miasto, Paweł ruszył w podobną trasę, co my dzień wcześniej. Mon Ahimsa przed wyjazdem, za zgodą Wodza, w kuchni na ścianie umieściła prowege wlepę. I tak szybko rozstaliśmy się z pierwszą ekipą z Wro.



Kolejna wyprawa miała charakter dość rekreacyjny – trzeba było dać odpocząć organizmowi. Drużyna w składzie arahja, Beata i Patrycjusz, Anioł, Surri i taffit zielonym szlakiem ruszyli na Wodospad Szklarki. Po drodze zwiedziliśmy jeszcze Chatę Walońską (foto), siedzibę Walonów, dawnych poszukiwaczy skarbów, czyli tak naprawdę średniowiecznych górników, którzy przybyli w Karkonosze ze względu na występujące tu bogactwa mineralne.



Po powrocie rozpoczęło się karteczkowe szaleństwo (foto). Jakoś trzeba czas zabić i się integrować. Padło na grę, w której trzeba odgadnąć postać przylepioną nam na czole. I tak Surri była Bogiem, Patrycjusz był Ewką z Raju, Aga była Smokiem Wawelskim, Kacper był Wodzem, Anioł był Krzysztofem Krawczykiem, Kris był Plutem, Beata była Guciem, arahja była Chaplinem, krowa była Czyngis-Chanem, a ja byłem Hitlerem. Odgadywanie szło różnie. Udzielanie odpowiedzi również (czy jestem postacią fikcyjną? to zależy… czy jestem facetem? trudno powiedzieć…). W międzyczasie Surri utopiła w kiblu okulary doprowadzając w dniu następnym niemal do rozbiórki naszej toalety i wściekłości Wodza. Życie chłoszcze.



Potem przyszła noc. Cholernie zimna noc.

Trzeci dzień to dłuższa wędrówka. Pomysł na nią podsunął nam nasz jeleniogórski przewodnik, czyli Gomuł, choć sam w niej niestety nie mógł uczestniczyć. Ruszyliśmy w stronę PTTK Pod Łabskim Szczytem tym razem tzw. Czeską Ścieżką. Niebieski szlak był tam bardzo malowniczy. Celem wędrówki było obejrzenie Śnieżnych Kotłów tym razem od dołu. Po krótkiej regeneracji (foto) w schronisku zboczyliśmy na zielony szlak – Ścieżkę Nad Reglami. Skalne urwiska Kotłów oglądane u ich podnóża zapierały dech w piersiach. Minęliśmy Śnieżne Stawki, a potem odbiliśmy na niebieski szlak, a z niego na Drogę pod Reglami, którą wróciliśmy do Szklarskiej Poręby.



Okazało się czekają tam na nas kolejni nowi goście. Pojawił się forumowy pawel., a także Adam z dziewczyną (sympatycy wygibasów). Na wspólnej, wielkiej posiadówie zrobiliśmy Kociołek Szczęścia, czyli potrawkę z przeróżnych warzyw, słoików Primaviki, ryżu, cieciorki etc. Kulinarna improwizacja wyszła genialnie. Niestety nie starczyło, żeby wszystkich obdarować, nad czym ubolewam. W trakcie nasiadówy wykonane zostało pamiątkowe grupowe zdjęcie aparatem mlateja.

A potem przyszła noc. I o dziwo, była to ciepła noc (choć Krowa narzekała).

Niedziela była dniem pożegnań. Zlot właściwie się kończył. Na afterparty pozostała tylko czwórka – Krowa, mlatej, Surri i taffit. Naszym celem była eksploracja Wodospadu Podgórnej i Zamku Chojnik. Przeprowadziliśmy się na jedną noc do Willi Justyna w Sobieszowie. Na wodospad zawiózł nas tomakin. Jest to jedyny (z trzech istniejących) wodospadów, z którego uroków można skorzystać w pełni, mówiąc krótko – można w nim zamoczyć dupę. Z faktu tego korzystał w pełni pewien nieznany nam gość, który skakał doń z kilkunastumetrowych skał. Z ciut niższych skał skakał wykonując salta do tyłu. Ochrzciliśmy go mianem Tarzana, ale nie odważyliśmy się na podobny krok. Ale dupy trzeba było zamoczyć. Pierwsza odważyła się Surrka pod wodospadem. Potem, gdy weszliśmy nad wodospad i zyskaliśmy większość intymność (pozbyliśmy się gapiów), poszły w ruch kolejne dupy: pełne zanurzenie zrobiłem ja (foto), a niepełne mlatej. Od zimna wody mogły pęknąć skorupki jajek, ale na szczęście wszystko przetrwało.



Wróciliśmy tym razem do ciepłych łóżek. Padliśmy ino raz.

Na finał został Zamek Chojnik w poniedziałek. Żeby nie było lekko i przyjemnie mlatej zapomniał fotosprzętu (foto), o czym przypomniał sobie po jakimś kwadransie wędrówki. Wrócił więc dzielnie do bazy i już odpowiednio zaopatrzony zameldował się z powrotem na szlaku. Przebiliśmy się przez Zbójeckie Skały, penetrując krótką jaskinię (foto) z ciekawym pionowym wyjściem (foto), minęliśmy Skalnego Grzyba i dotarliśmy do wrót warowni. Na zamku znany Kapitan Jędrek do nas nie przemówił, ale i tak dobrze było zobaczyć nigdy nie zdobytą twierdzę, którą załatwił dopiero piorun w XVII wieku. Na dodatek ze stołpy zamku rozciągał się piękny widok na Karkonosze. Na wieżę wczłapała się nawet Akira. Skorzystaliśmy też z oferty gastronomicznej (wegańska lipa) tamtejszego schroniska (foto), na którego straży stał jeden taki zakuty łeb (foto).











Do Krakowa wracaliśmy pozytywnie zmęczeni.
 
 
   
Surri 
weteran


Wiek: 31
Dołączyła: 27 Kwi 2007
Posty: 3412
Skąd: Kraków
Wysłany: 2013-08-26, 17:23   

A tomakin był Einsteinem.


I teraz to my Cię zapraszaamy do Krakowa, o!
 
 
   
Surri 
weteran


Wiek: 31
Dołączyła: 27 Kwi 2007
Posty: 3412
Skąd: Kraków
Wysłany: 2013-08-31, 13:31   

 
 
   
Surri 
weteran


Wiek: 31
Dołączyła: 27 Kwi 2007
Posty: 3412
Skąd: Kraków
Wysłany: 2013-08-31, 13:32   

Grupowa słit focia
 
 
   
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template TeskoGreen v 0.1 modified by Nasedo.
Strona wygenerowana w 0,13 sekundy. Zapytań do SQL: 8